Ekscytuje nas trio z Dortmundu.
Śledzimy bacznie poczynania powiększającej się Polonii we
Włoszech oraz bramkarzom z Anglii. Raz na jakiś czas przypominamy
sobie o Polakach z Francji, Rosji i Turcji. Do kolekcji polskich
piłkarzy robiących furorę za granicą warto dodać Kamila
Bilińskiego. Nie wybrał kierunku zachodniego. Wolał teren obcy
polskim kibicom i piłkarzom – Litwę.
Kamil Biliński jest wychowankiem
Śląska Wrocław. 25-letni napastnik nie znalazł uznania w oczach
trenerów drużyny z Dolnośląska. W ciągu siedmiu lat zagrał
tylko w 26 meczach i zdobył 1 bramkę. Więcej przebywał poza
Wrocławiem. Wypożyczano go do czterech drużyn. Ostatnio występował
w Wiśle Płock. W sezonie 2011-2012 zagrał w Nafciarzach aż 50
razy. Dorobek goli jak na polskie warunki wyglądał dobrze: 22
bramki. Został uznany najlepszym piłkarzem Wisły. Wypożyczenie
zakończyło się, a Kamil musiał szukać nowego pracodawcy,
oczywiście jeżeli myślał o poważniejszym futbolu. Pojawiła się
oferta od nieznanego dla nas Žalgirisu Wilno! Litewska drużyny
zauważyła w Polaku potencjał. Biliński zgodził się i
przeprowadził się na Litwę.
W tamtych rejonach nie ma lekko. Panuje
spore bezrobocie, wciąż czuć klimat upadłej komuny, a nawet spora
część społeczeństwa wciąż nią żyje. Polaków traktuje
się tam surowiej. Regularnie słychać w mediach wiadomości o
naszych rodakach, których dzieci nie mogą uczyć się
ojczystego języka, albo mają problemy z załatwianiem spraw w
urzędach. Polskiego napastnika nie odstraszyła taka rzeczywistość
i postanowił zaryzykować. Wyjechał na mało znany teren. Litewska
piłka nie należy do potęgi, a jej czołowe kluby odpadają na
początku walki o europejskie puchary. Biliński zdecydował, że od
tułaczki po I lidze woli walkę o Mistrzostwo Litwy. I trafił w
dziesiątkę.
W Žalgirisie odbudował się. Stał
się gwiazdą ligi i drużyny. Nie miał łatwo. Do Wilna trafił w
samym środku sezonu (litewska ekstraklasa gra w systemie
wiosna-lato). Musiał szybko zaaklimatyzować się, aby myśleć o
regularnej grze.
O Kamilu mówi się mało,
ponieważ gra w państwie, w którym piłka nożna stoi na
niskim poziomie. To prawda, ale tamtejsze drużyny z czołówki
prezentują się dobrze i z powodzeniem utrzymywaliby się w polskiej
Ekstraklasie. Były piłkarz Śląska Wrocław w rozmowach z
dziennikarzami utrzymuje, że jego Žalgiris walczyłby o czołowe
lokaty. A okazja, aby to sprawdzić zbliża się wielkimi krokami.
Žalgiris jest bliski awansu do III rundy el. LE, w której
zmierzy się z LECHEM POZNAŃ! Oczywiście jeżeli Kolejorz nie
zawali rewanżu z Finami, co jest mało prawdopodobnie. Podczas tego
dwumeczu przekonamy się czy Kamil Biliński ma rację.
Nie życzę Poznaniakom kompromitacji i
szybkiego pożegnania się z Ligą Europejską, ale pragnę, aby
Biliński pokazał na co go stać. Grając w słabszym zespole jest o
wiele łatwiej wywyższyć się nad partnerami. Gdyby zdołał zdobyć
bramkę, polskie kluby ponownie przypomną sobie o nim i mocno
zastanowią się nad wysłaniem ofert do stolicy nadbałtyckiego
kraju.
Właśnie! Czy Kamil poradziłby sobie
w Ekstraklasie? Jestem przekonany, że tak! Radzi sobie znakomicie w
litewskich warunkach, ma zagwarantowany pierwszy skład w zespole
wicemistrza Litwy. Potwierdzają to statystyki. W aktualnym sezonie
2013 wystąpił w 20 meczach i zdobył 16 bramek! Pomaga mu Marek
Zub, polski trener Grunwaldu Wilno (ciekawostka: po przetłumaczeniu
wyrazu „Žalgiris” otrzymujemy słowo Grunwald). Zub jest
doświadczonym trenerem, ale tak jak Biliński, musiał wyemigrować,
by zdobywać sukcesy. Polski trener na pewno w znaczącym stopniu
przyczynił się do poprawy gry polskiego napastnika.
Kamil Biliński nie powinien obawiać
się, że nie powiedzie mu się w Ekstraklasie. Kilka lat temu nie
poznano się na nim, ale na Litwie nabrał doświadczenia, ma
przyjemność grania w eliminacjach do LE, wie jaka jest presja,
jeżeli jest się faworytem większości spotkań. Kamil przydałby
się polskim klubom. Tylko parę naszych drużyn ma w składzie
porządnego „strikera”. Pierwsza kolejka pokazała, że są zespoły,
które będą preferować styl „hiszpański”, czyli grę
bez nominalnego napastnika. Powodem nie są umiejętni piłkarze, ale
problem z atakującymi, który staje się chorobą Ekstraklasy.
Robert Demjan zdobywający koronę strzelców tylko potwierdza
ten fakt. Były piłkarz Podbeskidzia nie znalazłby uznania w wielu
słowackich drużyn, a u nas zdobywa najwięcej bramek. Żałosne,
ale prawdziwe.
Powrót do Polski byłby
najlepszym rozwiązaniem dla Kamila Bilińskiego. W Śląsku sobie
nie poradził, ale brylował na boiskach I ligi. Teraz jest gwiazdą
Žalgirisu, który pomógł mu znaleźć odpowiednią
formę. Niech wraca do Polski. Pozostanie na Litwie przez dłuższy
okres lub wyjazd do silniejszej innej zagranicznej ligi będzie
posunięciem. U naszych sąsiadów miną jego najlepsze lata i
przyzwyczai się do tamtejszych warunków, przez co zostanie
przeciętnym piłkarzem tamtejszej ligi. Gdzieś indziej czeka go
zapewne grzanie ławki i mycie kolegom pleców. A w Polsce jest
w miarę znany oraz nie czuje się obco, a także u większości
drużyn powinien liczyć na pełne 90 minut gry.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz