środa, 24 lipca 2013

Polak na litewskiej ziemi

Ekscytuje nas trio z Dortmundu. Śledzimy bacznie poczynania powiększającej się Polonii we Włoszech oraz bramkarzom z Anglii. Raz na jakiś czas przypominamy sobie o Polakach z Francji, Rosji i Turcji. Do kolekcji polskich piłkarzy robiących furorę za granicą warto dodać Kamila Bilińskiego. Nie wybrał kierunku zachodniego. Wolał teren obcy polskim kibicom i piłkarzom – Litwę.



Kamil Biliński jest wychowankiem Śląska Wrocław. 25-letni napastnik nie znalazł uznania w oczach trenerów drużyny z Dolnośląska. W ciągu siedmiu lat zagrał tylko w 26 meczach i zdobył 1 bramkę. Więcej przebywał poza Wrocławiem. Wypożyczano go do czterech drużyn. Ostatnio występował w Wiśle Płock. W sezonie 2011-2012 zagrał w Nafciarzach aż 50 razy. Dorobek goli jak na polskie warunki wyglądał dobrze: 22 bramki. Został uznany najlepszym piłkarzem Wisły. Wypożyczenie zakończyło się, a Kamil musiał szukać nowego pracodawcy, oczywiście jeżeli myślał o poważniejszym futbolu. Pojawiła się oferta od nieznanego dla nas Žalgirisu Wilno! Litewska drużyny zauważyła w Polaku potencjał. Biliński zgodził się i przeprowadził się na Litwę.

W tamtych rejonach nie ma lekko. Panuje spore bezrobocie, wciąż czuć klimat upadłej komuny, a nawet spora część społeczeństwa wciąż nią żyje. Polaków traktuje się tam surowiej. Regularnie słychać w mediach wiadomości o naszych rodakach, których dzieci nie mogą uczyć się ojczystego języka, albo mają problemy z załatwianiem spraw w urzędach. Polskiego napastnika nie odstraszyła taka rzeczywistość i postanowił zaryzykować. Wyjechał na mało znany teren. Litewska piłka nie należy do potęgi, a jej czołowe kluby odpadają na początku walki o europejskie puchary. Biliński zdecydował, że od tułaczki po I lidze woli walkę o Mistrzostwo Litwy. I trafił w dziesiątkę.

W Žalgirisie odbudował się. Stał się gwiazdą ligi i drużyny. Nie miał łatwo. Do Wilna trafił w samym środku sezonu (litewska ekstraklasa gra w systemie wiosna-lato). Musiał szybko zaaklimatyzować się, aby myśleć o regularnej grze.

O Kamilu mówi się mało, ponieważ gra w państwie, w którym piłka nożna stoi na niskim poziomie. To prawda, ale tamtejsze drużyny z czołówki prezentują się dobrze i z powodzeniem utrzymywaliby się w polskiej Ekstraklasie. Były piłkarz Śląska Wrocław w rozmowach z dziennikarzami utrzymuje, że jego Žalgiris walczyłby o czołowe lokaty. A okazja, aby to sprawdzić zbliża się wielkimi krokami. Žalgiris jest bliski awansu do III rundy el. LE, w której zmierzy się z LECHEM POZNAŃ! Oczywiście jeżeli Kolejorz nie zawali rewanżu z Finami, co jest mało prawdopodobnie. Podczas tego dwumeczu przekonamy się czy Kamil Biliński ma rację.

Nie życzę Poznaniakom kompromitacji i szybkiego pożegnania się z Ligą Europejską, ale pragnę, aby Biliński pokazał na co go stać. Grając w słabszym zespole jest o wiele łatwiej wywyższyć się nad partnerami. Gdyby zdołał zdobyć bramkę, polskie kluby ponownie przypomną sobie o nim i mocno zastanowią się nad wysłaniem ofert do stolicy nadbałtyckiego kraju.

Właśnie! Czy Kamil poradziłby sobie w Ekstraklasie? Jestem przekonany, że tak! Radzi sobie znakomicie w litewskich warunkach, ma zagwarantowany pierwszy skład w zespole wicemistrza Litwy. Potwierdzają to statystyki. W aktualnym sezonie 2013 wystąpił w 20 meczach i zdobył 16 bramek! Pomaga mu Marek Zub, polski trener Grunwaldu Wilno (ciekawostka: po przetłumaczeniu wyrazu „Žalgiris” otrzymujemy słowo Grunwald). Zub jest doświadczonym trenerem, ale tak jak Biliński, musiał wyemigrować, by zdobywać sukcesy. Polski trener na pewno w znaczącym stopniu przyczynił się do poprawy gry polskiego napastnika.

Kamil Biliński nie powinien obawiać się, że nie powiedzie mu się w Ekstraklasie. Kilka lat temu nie poznano się na nim, ale na Litwie nabrał doświadczenia, ma przyjemność grania w eliminacjach do LE, wie jaka jest presja, jeżeli jest się faworytem większości spotkań. Kamil przydałby się polskim klubom. Tylko parę naszych drużyn ma w składzie porządnego „strikera”. Pierwsza kolejka pokazała, że są zespoły, które będą preferować styl „hiszpański”, czyli grę bez nominalnego napastnika. Powodem nie są umiejętni piłkarze, ale problem z atakującymi, który staje się chorobą Ekstraklasy. Robert Demjan zdobywający koronę strzelców tylko potwierdza ten fakt. Były piłkarz Podbeskidzia nie znalazłby uznania w wielu słowackich drużyn, a u nas zdobywa najwięcej bramek. Żałosne, ale prawdziwe.


Powrót do Polski byłby najlepszym rozwiązaniem dla Kamila Bilińskiego. W Śląsku sobie nie poradził, ale brylował na boiskach I ligi. Teraz jest gwiazdą Žalgirisu, który pomógł mu znaleźć odpowiednią formę. Niech wraca do Polski. Pozostanie na Litwie przez dłuższy okres lub wyjazd do silniejszej innej zagranicznej ligi będzie posunięciem. U naszych sąsiadów miną jego najlepsze lata i przyzwyczai się do tamtejszych warunków, przez co zostanie przeciętnym piłkarzem tamtejszej ligi. Gdzieś indziej czeka go zapewne grzanie ławki i mycie kolegom pleców. A w Polsce jest w miarę znany oraz nie czuje się obco, a także u większości drużyn powinien liczyć na pełne 90 minut gry.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz